Jak żyć
skoro pustka z każdej strony dobija sie do mnie
Komu w uszy krzyczeć że cierpię w samotności
Gdzie jest moje miejsce Boże
Pozamykane są okna i drzwi
Jaki do nich dobrać klucz?
Której klamki się chwycić...
Niewiele mam
Wyciągnięty sweter
Znoszone spodnie
Kilka par butów
które mimo swej starości
nie przejmują się zmarszczkami
Ubolewam nad pamięcią
która niestrudzenie szuka ukrytej prawdy
Ciągle zawodzi śpiewem moja muzyka
Zamknięta w pudle rezonansowym
Twoje oczy
Kryją w sobie blask nieba
Ja zakrywam dłońmi moje
Boję się, że wyczytasz w nich cierpienie
Kiedyś przyjdę do Ciebie Chryste
Z prawdą na ustach i w sercu
Kiedyś wezmę na barki krzyże
Tych którzy przeze mnie cierpią
Kiedyś stanę przed Tobą czysta - w bieli
Kiedyś przeproszę za wszystkie grzechy
Tak jak teraz
Kochany
Radość rozkwita obok mnie kwiatem
I przeciera oczy z zachwytu
Bo promień słońca dotknął najmniejszy płatek
Zatopiona myślami w Tobie drzemię...
Obudź mnie dotykiem rąk
Spoconą wargą która z ilości wylanych słów
Zmieni się w ogień
I może kiedyś zapłonie we mnie
Wytkałam z poszumu łez Twoje imię
Do serca
Do myśli
Do ust
Szepczę najczulej
Dotykam zaspanych oczu
Jeszcze śnią o miłości na trawie
Bo mokro pod powiekami
Tak bym chciała by przyszła
Z lekkim uśmiechem
I grzywą opadającą na lewe oko
Wczoraj zasnęła pod drzwiami
Mówi że zmieni się dla mnie
Nie chcę takiej miłości
Co kocha tylko na trawie
Przychodzisz Chryste
Gdy ból nie pozwala wstać z łóżka
Przepraszam wtedy Ciebie bez słów
Bo Ty znasz przecież każdą myśl
Kolejny raz upadłam
Grzech mój ogromny
Ty nadal na krzyżu
A ja smakuję wolności
Na ile w Tobie Chryste cierpliwości
By nie strącić mnie w przepaść
Z której powrotu już nie ma?
Na łóżku kładę myśli
i tulę do snu poduszkę
Obok na ścianie
odpoczywa miłość
oprawiona w ramkę
którą przed laty
wyrzuciłam za drzwi
Wyglądam przez okno
a tam nikt nie śpi
tylko na sznurku
suszy się sumienie
Cisza odbiła się we mnie echem
Głębi jej nie widziałam
Osiadła na meblach niczym kurz
Powoli odczytuję życie
Na posiwiałym blacie czasu