Szary świt
o szyby
brzęczy cicho
ołowiane słońce
Czas cicho
i niezauważenie
przemyka
między jednym
mgnieniem powieki
a drugim
Na stole
kubek
ze zmarzniętym uchem
wciąż
do połowy
pusty
Posiwiałe drzewa
cicho płaczą
deszczem
po nieprzespanej nocy
A nad nimi
zimny wiatr
chmury rozwiewa
Na drugim końcu świata
ciepły wiatr
rozwiewa mi włosy
dłonie rozgrzane od słońca
i róże wciąż pachną
Gdzieś tam
na drugim brzegu
jestem
a dusza gra mi
tysiącem skowronków
i drzew
Właśnie tam
gdzie słowa
przestają być potrzebne
a okna
są ciągle otwarte
Tam
gdzie kończy się
mgła
a każda burza
jest brzemienną w spokój
A tutaj
cisza
jestem
jeszcze wypatruję łodzi
co przeprawi mnie
na tamten brzeg
Liście szeleszczą.
Deszcz pluszcze.
Jesteśmy za szybą smutni.
Światem niesie się jesień.
Tam gdzieś na zakręcie u kresu
W pędzie rozkwita ciemności zamęt
Rozpływa się obraz rozmytej trasy
Początkowy etap czy rozpaczy lamęt
Pochłaniająca senna wizja liczy dech
Niszcząc świadomości jasne oblicze
Zostawia po sobie tylko zgubny lęk
Kolejna podróż nieudana u kresu o świcie
Spójrz kolejny raz zmierzamy ku przeznaczeniu
Tak kolejny raz to nam się wydaje
My tylko szalejemy w transu uniesieniu
Być może ostatnia droga nam zostaje
Jak lodowy sztylet na wskroś przebija,
Zabija mrozem kolejne odbicie,
Tak wszelkie uczucie powoli przemija,
Zabijane, próbuje wstać o świcie.
Och, jak gorzka w nim krew płynie,
Ściekając po zmysłach, omywa rany,
A jednak nieubłaganie wszystko gnije,
Od tego zepsucia nikt nie dostąpi chwały.
Zanikają marzenia, tak jak liście zwiewane,
W wietrze wspomnień odchodzą, w niepamięć.
Gdzieś zaginęły nasze cele obrane,
I tracimy swe życie, szybko niesłychanie.
A śmierć, powiadają, spokój przynosi,
Lecz kto tego doświadczył pytam się szczerze?
Każdy, kto umarły po prostu odchodzi,
Nie ważne jest czy w wierze czy w niewierze.
U kresu i tak będziemy leżeć,
Jak leży ziemia, a my z nią połączeni,
W otchłani mroku i już możemy wiedzieć,
Że wszyscy umarli, w gniewie urodzeni,
Już na zawsze potępieni.
Siedzę w mym ogrodzie
Pijąc kawę pragnienia …
Dodałam do niej
Szczyptę niecierpliwości
I morze tęsknoty
Życie płynie leniwie po nieboskłonie
Słońce rozlało się
złotym blaskiem na mej twarzy
Cierpienie wbiło mi sztylet
W serce tyle razy…
Tylko łzy były tego świadkiem
Lecz nie zawsze
Bo wiem, że można płakać bez łez…
rozpacz może być cicha
Lecz zżerać twą duszę do cna
Zatracać się w niej bez końca …
Życie jest za krótkie kochanie
Na to aby się smucić...
Trwa tyle ile mrugnięcie oka
Dla mnie jeszcze krócej…
Nim otworzysz swe piękne powieki
Mnie już nie będzie…
Więc pijmy szkarłatne wino miłości do dna…
Upijmy się winem rozkoszy do cna…
Póki jeszcze mamy czas…
Przecież nic nie trwa wiecznie?
Całuję twe powieki
Są jak powiew wiosennego wiatru,
Twe usta płomienne, bezwstydne
Twoje silne dłonie pieszczące mą skórę
Bezlitośnie, lecz czule…
Zatracam się w tobie
Spalam się jak ogień
Nieprzytomną z bólu i rozkoszy
Smagasz biczem ekstazy zniewolenia
Symfonia zmysłów gra jak szalona…
Wiruję w euforii spełnienia
Wybucham jak super wulkan
Z zaskoczenia…
I zapadam w Ciebie cała
Coraz głębiej, i głębiej…
Wychyl kielich do dna mój Panie
Pijmy do nieprzytomności
Szałem zmysłów opętani
Bo nim dzień wstanie
Chwila ulotna
Zniknie w wieczności…
W potoku zamieszkała złość
Z każdą sekundą zyskiwała wielkość
I spływała tak bezkreśnie
W wodospadzie słów
Z każdym spadem rosła w siłe
I ginęła tak w jeziorze bez dna
Rozpływała się, ale wciąż
Powracała razem z potokiem
Jak głaz z nieba
Niszczyła siłę rzeki słów
By potem się ulotnić
Czy wyparować, ale wrócić znów.
Spójrz, to znowu ja
Spójrz, a zobaczysz nas
Spójrz, mgła w końcu zniknie
Spójrz, wzrok Twój mnie przeniknie
Spójrz, życie toczy się dalej
Spójrz, nie ma rzeczywistości
A teraz:
Spójrz, to wszystko zanika
Spójrz, to tylko marzenia
Spójrz, tak naprawdę nic się nie zmienia
Spójrz, wszystko wokół znów takie same
Spójrz, tutaj umiera nawet nadzieja
Spójrz, giną również wspomnienia
Spójrz, to wszystko już jest zapomniane.
Spójrz, to ja i tylko pogrążony jestem umieraniem...
Jak ziarno, plewu przeklętego posiane na skale,
Jak zabite w czeluści grzechu i chamstwa morale,
jak kurestwo, wśród złota i srebra szerzone,
jak przykre słowa, po łzawy widok bez sensu rzucone,
jak szyta gruba nicią kłamstwa szmata,
jak zdrady sztylet, skalany krwią brata przez brata,
jak sto gram nienawiści, w miłości garze skrzętnie ukryte,
jak przekleństwo złowrogie na zimnym sercu wyryte...
tak ja, nie człowiek wśród ludzi,
we własnym koszmarze, z którego nikt mnie nie zbudzi
trwam, bo trwać mi zostało jedynie
i wiem, że życie me marne już niczym nie zasłynie,
choć dotknąłem dna, odbić sie nie mogę,
bo przykuta mam doń jedną, jak i drugą nogę,
wiec wybacz uśmiechu brak na kamiennej twarzy
i przytul, bo Cię ostatnią ze szczęściem kojarzę..