Ten wiersz dotyczy wiosenki.
- Najpierw nabrzmiały pąki.
Skąpały się w kroplach rosy.
Z nich liście wyrosły.
Na nas drzewo kwiatem patrzy.
I zapachem mnie raczy.
Pszczoły pyłek zbierają.
Wiosenne barwy grają.
Wiosenną grą rozproszony.
Widzę błyski i słyszę grzmoty.
Poznaję wiosnę z innej strony.
- Majowej aury psoty.
Są też zimni ogrodnicy.
Bardzo szkodliwi chłopcy.
Są znani z przymrozków.
I nie lubią owoców.
Majową wiosną,
wesołe kwiaty rosną.
W czerwcu wiosna odejdzie.
I gorące lato przyjdzie.
W trawę się patrzę
W mrówkę się wpatruję
Spoglądam na grudki ziemi
Gapię się na liście
Na orzecha korę spojrzałam
Widzę siebie za tysiąc lat...
Grzybów nie znamy.
Ale wszystkie zbieramy.
Jadalne grzyby mają smak dobry.
A gorzkie są muchomory.
Cały kosz grzybów zebraliśmy.
I spożyć je chcieliśmy.
Nasz sąsiad grzyby sprawdził.
I połowę z nich wyrzucił.
Tak on nam powiedział.
Dziękujcie żem sprawdzał.
Chcieliście muchomory spożyć.
I mogliście tego nie przeżyć !
Ten grzyb zebrany.
Co kolor ma zielony.
To Muchomor sromotnikowy.
Ugotowany czy surowy.
Jest śmiertelnie trujący.
Choć wygląd ma zachęcający.
Grzyby trzeba znać.
A nie wszystkie zbierać.
Nawet znawca może się nabrać.
Choć jeszcze zimno i szczypie mróz
Lecz na wiosenkę nadzieja już.
Państwo szpakowie budkę zajęli.
A sroka gniazdo zaczęła ścielić.
Czajka na łące kwili wieczorem
Śniegu już tylko resztki pod borem.
Jeszcze dni kilka, a kotki puchowe
Okryją krzywą wierzbę nad rowem.
Za tydzień, może za dwa niecałe
Zakwitną nad rzeką śnieżyczki białe.
W stawie chór żabi zarechocze
I zaczną się ciepłe i parne noce.
Już tylko czekać jak w każdej chili
Słowika trel wieczór umili.
Za chwilkę kukułka zacznie już kukać
I dzieciom w sadzie każe się szukać.
Liście
Choć kiedyś tak żywe
Złociste szkarłatne lub żółcią błyszczące
Dające siłę dłoniom artysty, malarza
Słowu poety
Oko cieszące
Zeschnięte słabe
Choć kiedyś tak żywe
Wrzącą zielenią kłujące w oczy
Teraz spadają bezsilnie na ziemię
Ostatkiem sił czyniące
Ostatni taniec
Na wietrze
Nie cieszą, gdy młode i silne
Zielone, zielone, zielone
Na drzewach spokojne
Dopiero, gdy jesień nadejdzie
Wraz z wichrem i deszczem
Niebo burzowymi chmurami zasnute
Śledzi
Śledzi śmierć liści milionów
Upadają bez krzyku
Staną się zapomniane
Gdy natura ześle nareszcie
Śniegu swe zastępy
Które przygniotą liście
Liście,które umierają bez krzyku
Liście, które nikogo nie obchodzą
Zapomniane przez poetów, malarzy, Boga i naturę
Gdzieś na krańcu świata
Z daleka od ziemi mych ojców i dziadów
Liście, które umierają bez krzyku
I nikt nie zada pytania
DLACZEGO?!
Dlaczego?
Nad zamglonym stawem zaległa nicość
Zniknęły cienie rozszedł się mrok
W mętnej wodzie widoczna chciwość
Rozpoczęła nadchodzącą szklistą noc
Nadszedł czas dla utopienia zmysłów
Udałem się w zaklęte zgubne jądro
Jądro leśnej zagłady końca mego umysłu
Za chwilę nakarmię kresu taflę głodną
Pochłonie mnie odbicia liściastego oblicze
Gdzieś w zgniłych kłosach moje miejsce
Gwieździstej nocy ja panowanie zakończę
Ciągle sam w tej toni przeklętej żyję jeszcze
Kończy się królestwo stawu niszczące
Odejdę ze smętnym wiatrem tak jak ono
Ostatni odbity blask pustką się zaleje
Utopi się nieusłyszane ostatnie me słowo
Wskoczę ogarnie mnie spokój w glebie
Nad zamglonym stawem zaległ mrok
To już oszalałe zjawy się zbierają
Zwykli ludzie przechodząc naglą krok
A szaleńcy swą niedolę wielce zalewają
Rozpętała się hipnotyczna emocji burza
Uderzyła tak że uciekło z drzew pierze
W transie boleści radosna krwista smuga
Półprzytomne oblicze a w sercu zwierze
Zarośla nienawiści nieudolnie ukrywają żale
Wywołując wściekłość gdzieś z dna jeziora
Boski nektar zaczyna działać wspaniale
Nic powstrzymać ulewy furii nie zdoła
I burzą się wszelkie odwieczne granicę
Diabelskie pomioty postaci odrzucone
Stawiają w płomieniach posągów ławicę
Ich zwierzęce życie jest już dawno zniszczone
Nad zamglonym stawem zaległy cienie
To szelest skrzydeł rozbudza zmysły
Przestały docierać jasne promienie
I każdy zmysł mój stał się nieczysty
W skowycie chaosu i ciemności niezmierzonej
Słychać tylko skrzeki szarańczy dzikiej
Na drzewach już widać uroki woli spełnionej
Zalegają jak czarne liście na nadziei nikłej
Bezlistne drzewa a jednak zarośnięte
Przez zwęgloną pierzastą pierzynę otulone
Z braku czaru rozpaczą zawinięte
Stoją tak wiecznie mrokiem zemdlone
I trwają w melancholii bezzmiennej
Czasem tylko marzenia odlatując zabierają
Żyjąc tak w śmierci codziennej
Wpływu radości jak ja nie znają
Cień, od niepamiętnych czasów nam towarzyszy.
(Człowiek zawsze był ważniejszy.)
Kiedyś byli z nich przyjaciele.
Człowiek coś miłego powie.
Cień spyta o zdrowie.
Jednak wyobrażał sobie za wiele.
Cień chciał role zmienić.
A człowiek nie chciał się zgodzić.
Cień się obraził i milczy.
I obok człowieka ponuro kroczy.
Pszczoły latają, z kwiatka na kwiatek.
Zbierają misternie ( z nich) pyłek .
Nie marnują żadnej chwili.
Odkładają na zimę miód pszczeli.
Kwiaty , drzewa , krzaki zapylają.
Dla ludzi miód wytwarzają.
Potrafią też dzielnie walczyć.
(Nie pozwolą ula zniszczyć.)
Pilnują swojego królestwa pszczelego.
Bardzo dobrze zorganizowanego.
My ludzie powinniśmy was naśladować.
Być zapobiegliwi, waleczni i ciężko pracować.
.