Boli mnie to szczerze
Jednak wole napisać niż wykrzyczeć.
To nie na moje siły,
Mogę tylko załamać ręce.
Jak bardzo ludzka głupota uderza mnie w twarz,
Tragedia...
Cierniowe buty zaciskają skronie,
Wymywając resztki myśli.
Spływa po ciele,
ludzka świadomość.
Jak piasek w klepsydrze,
Jest jej ciągle tyle samo,
A jednak coraz mniej.
Łamią się wszelkie bariery,
To tandeta...
Barier już dawno nie ma,
Wszystko zgniło wraz z gorejącym bytem.
I patrząc na to:
Umieram, tak jak przemijająca noc
W bladym świcie coraz bardziej tracę życie,
Został tylko nocy cień,
I mój lament...
To bez znaczenia,
Tak jak ten świat cały,
I natura wciąż cierpiąca,
Pogrążam się w rozpaczy:
To już nie minie
To już nie minie
To już nie minie...
Moja matka jest zwykle lodowcem-
- i stopić jej nie można.
Bywa też "gupim kaowcem"
i wtedy jest nieostrożna.
Gdy dzieckiem byłam
to też mnie nigdy nie przytulała.
Wcześnie dzieciństwo skończyłam,
miłości gdzie indziej szukałam...
Co to za matka, co dziecku
nie powie nigdy, że kocha.
Woli ploty sąsiedzkie;
do dziś me serce szlocha...
Gdy byłem sprytny i młody
Dobrze u Ciebie sie zyło
Miałem dostatku żarcia i wody
I słuzyc mnie uczyło
Ja tekże dobrze sie sprawowałem
Bo brak mi nie było nieczego
Gospodarz spal ja pilnowałem
By stac sie nie mogło nic złego
Gdy przyszedł czas mej strarości
Ja nie potrzebny juz byłem
Gospodarz ciagle na mnie sie złościł
Mówiąc , ze swoje przezyłem
Wywiózł mnie w pole z daleka od domu
Wywiózł i tam zostałem wyrzucony
O tym juz sam nie mówił nikomu
Nie wiedzac jak ja zostałem skrzywdzony
Czy wiesz mój Panie co ze mna zrobiłes
Nic jeśc nie miałem i nie szczekałem
Czemu na zawsze mnie nie uspiłes
Tylko ja włóczęga sie stałem
Ciągle mysle co źle zrobiłem
Ze taki psi żywot wiodę
Czy wszystkie psy na starość
Wyrzucone są na drogę
Siedziałem dziś późno z długopisem w ręku
Łaknąłem chodź trochę z mej głowy pretekstu
Chodź zdania jednego, nawet krótkiego
Mającego chodź trochę kontekstu
Lecz nic, pustka ta trwała i nawet sporo się przeciągała
Nagle oko otworzyłem i niespodziewanie ciebie zobaczyłem
Za grosz już słowa nie uczyniłem i jedno tylko sobie uświadomiłem
Bo tak naprawdę miałem powiedzieć
Jak ja bardzo kocham ciebie …/
Wytkałam z poszumu łez Twoje imię
Do serca
Do myśli
Do ust
Szepczę najczulej
Ciepły, piekny dzień
Trwał, cieszył mnie.
Ty jednak zmieniłeś to...
W ramionach kochanki
Z uśmiechem satysfakcji wciąż.
Tonąc w fałszywych pocałunkach
Po cichu jak kot
Wkradając się do domu...
Jak co dnia...
Siedzę samotnie w ciszy
Jak małe dziecko
Układam puzzle
Tysiące różnych kawałeczków...
Puzzle ze złamanego serca...
Szukam tej jednej nici
Która pękła by użyć nowej..
By zastąpić cichy szept
Kłamliwych słów.
Stała przy oknie w tym samym szafirowym
Szlafroku com jej podarował
Coś mówiła odwagi nabrała by wyszeptać
Tych słów parę
To mnie zadziwiło
A szafirowy szlafrok tak cudnie
Przylegał do jej ciała
Czułem jej obecność
Splątałem ją dłońmi swymi
Dotykałem każdy kawałek jej ciała
Dziś znów stała przy oknie
Tak nieruchomo zegar wisiał na ścianie
To mnie zadziwiło
Wyszeptała tylko to ja ostoja
Samotność twoja
Okrutny Boże- jeden z Wielu...
Czemu zabrałeś mi przyjaciela ?
Kochaną Niczkę
Moją jamniczkę...
Wołałam czasem na nią Glutka,
Glucia, Gluciunia, Nicia malutka.
Miałaś dopiero osiem lat,
Przed Tobą winien być życia szmat,
A Ty odeszłaś do psiego nieba.
Nam tu- na dole- Ciebie potrzeba...
Kto teraz z dworu Berdzia przywoła ?
Kto zadba, żebym była wesoła ?
Spacery uwielbiałaś z nami...
A teraz zostaliśmy sami !
Miałaś radość w ogonku i klapiących uszkach,
A teraz pusta jest Twoja poduszka.
Zawsze leżałaś wygodnie na niej,
Gdy prasowała Twoja pani.
Za Tobą oczy już wypłakałam...
Niech Ci tam dobrze będzie mała...
dedykuję ten wiersz Nice, mojej psiej przyjaciółce-
- umarła 24.03.2011r. o godz. 22.45
Pierwsza nuta
Rozpoczyna taniec
Muska duszę jak czuły kochanek
Robię pierwszy krok
Zamykam oczy.
Kręcę się wśród nut
Wśród barw tajemniczości
Płynę wraz z muzyką
Na chmurze romantyzmu
Unoszę się
Lecę
Muzyka cichnie
Stoję w ciszy
Całkiem sama
Nie ma światła na całej ulicy
Oblicze starości
Bezkształtem stają się ludzkie twarze
pomarszczone życiem.
Snujące się dawno zapomniane
plany
patrzą w lustro,
w swoje odbicie
- co miało być to było,
a reszta pozostanie mitem.
Teraz czarny kir pokrywa
nieziszczone pragnienia
co zalegają pokryte
kurzem półki.
Skargą spływają
bezzębne cierpienia;
wyrazy pełne bólu.
Ślini się starość
zamknięta w ścianach
wymalowanych smutkiem
i tylko w oczach
jak w głębokiej studni
prośba co łzą się wyrywa,
nie krzycząc - woła do ludzi!
Wszystko na starość
starym się miesza : rozum,
nazwiska, czyny.
Niczego cofnąć się już nie da
i żaru wykrzesać ze skamieliny.
Był ktoś nazwany pięknem
stał się starym, bezużytecznym pudłem.
A niepotrzebne, zalegające
pudła; wyrzuca się
z natychmiastowym skutkiem.